stonewall1.gifstonewall1a.gifstonewall2.gifstonewall2a.gifstonewall3.gifstonewall3a.gif

 

Materiał historyczny z 1981 roku z majowych juwenaliów na UMK w Toruniu.  Wywiad przeprowadzony przez Grzegorza Gierdysa z Autorem i galeria fotografii bawiących się studentów

140 tys. odsłon

 
Toruński fotografik Marek Czarnecki w 1981 roku zrobił 93 wyjątkowe zdjęcia na majowych juwenaliach. Zobacz, jak na pół roku przed wprowadzeniem stanu wojennego bawili się studenci Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
 

 

 

Grzegorz Giedrys: Po 32 latach zdecydował się pan zaprezentować publicznie zdjęcia z juwenaliów w 1981 roku. Późno.

Marek Czarnecki: Rzeczywiście, dość późno. Powód jest prosty: moje archiwum z 30 lat pracy tworzy około 170 tys. zdjęć. Cyfryzacja to zajęcie żmudne - w ciągu miesiąca mogę w ten sposób przerobić może nieco ponad tysiąc fotografii. W retuszu zdjęć z juwenaliów pomagała mi żona Jadwiga - znakomita fotograficzka.

W zasadzie nie znał pan polskich juwenaliów - studiował pan w Moskwie.

- Tak, w Moskiewskim Instytucie Energetycznym. W Związku Radzieckim nie było tradycji juwenaliów, dlatego to, co widziałem w Toruniu, było dla mnie niezwykle miłym zaskoczeniem. Owszem, bawiliśmy się w moskiewskich akademikach, klubach, a co soboty i niedziele odbywały się dyskoteki. Na początku studiów mieliśmy otrzęsiny. Nie sądzę, żeby juwenalia były możliwe w 10-milionowym mieście, w którym działało wówczas ponad 300 uczelni wyższych. Jak by nie patrzeć, była to stolica imperium, gdzie koncentrowało się całe życie kraju - już wycieczka 20 kilometrów za miasto była wejściem w zupełnie inny świat.

Dlaczego zdecydował się pan na studia za granicą?

- To proste. Ukończyłem toruńskie II LO z trzecim wynikiem w całej szkole, co otwierało mi drogę do zagranicznych uczelni. Zawsze ciągnęło mnie do nauk ścisłych, łatwo przychodziła mi nauka języków obcych. Najpierw myślałem, żeby studiować coś na Węgrzech - na niektórych uczelniach językiem wykładowym był tam niemiecki, uznałem jednak, że za mało opanowałem mowę Goethego.

Proszę pamiętać, że w tamtych czasach w Związku Radzieckim studiowało ponad 1,5 tysiąca Polaków. Byliśmy stypendystami polskiego rządu, który płacił ogromne pieniądze Rosjanom za studia. Byliśmy tam na nieco innych zasadach. Nie obowiązywały nas przedmioty wojskowe. W naszej szkole było wielu Azjatów, Afrykańczyków i obywateli dawnych demoludów, zdarzali się nawet Kanadyjczycy. Do dziś z niektórymi kolegami utrzymuję kontakt.

Jak Rosjanie traktowali polskich studentów?

- Nikt specjalnie nie zastanawiał się nad narodowością studentów. Nikt nie miał na to czasu. Nauka zajmowała mi ponad 40 godzin obowiązkowych zajęć w tygodniu, więc nie było zbyt wiele czasu na nic innego. Ale jeśli chodzi o naszą kulturę, był jakiś rodzaj mody na polskość. Byliśmy traktowani jako najbardziej wyzwolony kraj bloku wschodniego. Oni chętnie czytali nasze książki i słuchali naszej muzyki. W Moskwie działała świetnie zaopatrzona polska księgarnia. Wielu Rosjan uczyło się języka polskiego, aby czytać nasze książki i czasopisma, co mnie bardzo dziwiło, bo wiedziałem, jak wielki jest miejscowy rynek wydawniczy.

Ile powstało zdjęć w czasie juwenaliów 1981?

- W sumie 93 negatywy. To były dwa dni: jeden spędziłem w centrum Torunia, drugi na Bielanach. Byłem dumnym posiadaczem pentakona - w tamtych czasach to był naprawdę mocny sprzęt.

Studenci chętnie pozowali obcemu człowiekowi?

- Oczywiście. Byli weseli, otwarci, wygłupiali się przed aparatem. Dziś przecież jest tak samo. Dla dwudziestolatka całe życie rysuje się w jasnych barwach, wszystko jest przed nim, a juwenalia to czas radości i miłości. Mój kolega mawiał: "Nie da się powtórzyć błędów młodości". To taki właśnie czas, że można było beztrosko błądzić.

Ja nie widzę zbyt wielu różnic między tamtymi a dzisiejszymi studentami.

- Są różnice, proszę mi wierzyć. Ludzie inaczej się ubierali i czesali, inaczej wyglądało miasto. Inaczej też się bawili. Dziś jeśli ktoś chce zaimponować kolegom, kupuje dziwne stroje i akcesoria w internecie, a w latach 80. trzeba było wszystko sobie samemu zorganizować. Nikt nie miał pieniędzy, były problemy z papierem, klejem, z tkaninami, ze wszystkim. Pamiętam, jak jeden chłopak paradował z ogromną paczką papierosów Extra Mocne. Wyglądało to niezwykle imponująco: musiał ręcznie ją zaprojektować i wykonać. Studenci pracowali nad swoimi przebraniami kilka dobrych dni.

Jak reagowała ulica na studenckie wygłupy?

- Różnie. Niektórzy patrzyli na to z sympatią, inni zupełnie nie rozumieli kontekstu, jeszcze inni ciskali w stronę tej studenckiej ciżby gromy. Zapamiętałem szczególnie jedno zdjęcie, które wykonałem tłumowi z piętra domu towarowego - młodzi patrzyli w stronę sceny, tylko jeden emeryt w archaicznym kapeluszu patrzył prosto w obiektyw. Rozumiem, że niektóre stroje studentów mogły gorszyć starszych ludzi.

Jakie na przykład?

- Na zdjęciach widać chłopaka w peruce, który pod marynarką, pod szelkami trzymał wielki portret Lenina - udając ekshibicjonistę, demonstracyjnie rozchylał poły marynarki, czym wzbudzał radość i zdziwienie. To był ewidentny żart polityczny.

Bardzo odważny moim zdaniem.

- Nie przychodzi mi do głowy żadna postać, która mogłaby dziś w podobnych okolicznościach budzić nasz aplauz albo sprzeciw. Nikt jednak z tego Lenina nie robił wydarzenia. Studenci robili sobie niezłe jaja - pod dzisiejszym Empikiem wystawili łóżko, gdzie podpisali materace jako "Wschód" i "Zgniły Zachód". Po Starówce chodził też chłopak w starym niemieckim hełmie wojskowym. Dziś, jak się ogląda to zdjęcie, wszystko wydaje się oczywiste - przecież to powstaniec warszawski. Nawiązanie do powstania w czasie dużego studenckiego święta też raczej było dość niebezpieczną zabawą.

Myślę, że młodzi ludzie czuli wolność, że nic ich nie krępuje, że nie mają żadnych ograniczeń - żarty polityczne były tylko żartami, a nie przejawem jakiejś wielkiej odwagi obywatelskiej. Oczywiście pół roku później życie boleśnie zweryfikowało ten pogląd.

Maj 1981 porównuje pan do sierpnia 1939. Nie jest to za mocna paralela?

- Nie. Stan wojenny to największa trauma dla całego mojego pokolenia, której nie da się łatwo przepracować. Proszę zauważyć, że do dziś nie doczekaliśmy się komedii, która w lekki sposób opisałaby tamte wydarzenia. Wyłączyłbym z tej listy "Rozmowy kontrolowane" Stanisława Tyma - film, musimy się z tym zgodzić, raczej nieudany.

Stan wojenny wspominam jako koszmar, zwłaszcza że system wcielił mnie do wojska. To była maszyna do miażdżenia biografii, która złamała życie tysiącom młodych Polaków, pogrzebała szansę na rozwój wielu karier, zmuszała do wyjazdu z kraju. Ludzie musieli szybko wydorośleć, dojrzeć do często radykalnych decyzji.

Ale skąd to nawiązanie do sierpnia 1939?

- Już tłumaczę. Jestem fotografikiem i pasjonuje mnie historia poszczególnych fotografii: okoliczności ich powstania, ich bohaterowie i historie. Zdjęcia z działań wojennych, zniszczonych miast, ofiar i obozów koncentracyjnych budzą mój lęk, odrazę, wściekłość. Nie jest mi łatwo jednak opisać swoje emocje, jak się ogląda obrazy sprzed tej światowej katastrofy - zdjęcia młodych uśmiechniętych ludzi w sierpniu 1939, kiedy było upalnie i pięknie. I nic nie zapowiadało skali tragedii, która miała nadejść za kilka dni, że życie milionów istnień już nigdy nie będzie takie samo. Na tych słonecznych fotografiach nie pojawia się nawet cień intuicji, że zaraz coś się skończy.

Maj 1981 roku to była wiosna, która była nasza. Nie dbaliśmy o nic, kochaliśmy się i cieszyliśmy. I też na żadnych z tych twarzy nie było widać śladu przeczucia, że ten piękny i młody świat zaraz się skończy. Naszą wolność rozjechały czołgi.

Rozmawiał Grzegorz Giedrys

Marek Czarnecki

Rocznik 1956. Należy do międzynarodowych elitarnych towarzystw skupiających wybitnych twórców fotografii w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Jest siedmiokrotnym zwycięzcą Master Photography Awards - prestiżowej nagrody przyznawanej za wysokie walory artystyczne. Różnorodne tematy artystyczne i komercyjne realizuje we własnym studio fotograficznym oraz w różnych częściach Polski i Europy, uprawiając fotografię panoramiczną. Epson International w Australii w 2012 roku sklasyfikował Marka Czarneckiego na trzecim miejscu najlepszych panoramistów na świecie. Jako autor albumów fotograficznych współpracuje z domami wydawniczymi w Polsce, Niemczech, Wielkiej Brytanii i Dubaju. Prowadzi także seminaria z fotografii reklamowej w Rosji, Bułgarii, Rumunii i na Ukrainie.

 Grzegorz Gierdys
 
 

 

 
Joomla templates by a4joomla
stat4u